Lato 1946 roku miało być słodkie. Babe Ruth zbudował udane życie po baseballu. Podróżował. Grał. Cieszył się życiem. Potem zaczął się ból. Wszystko zaczęło się od pulsowania nad lewym okiem. To nie brzmiało poważnie. Ból zęba. Może zapalenie zatok. Zignorował to. Żył dalej tak jak wcześniej.
W listopadzie dyskomfort stał się nie do zniesienia. Rut nie mogła jeść stałego pokarmu. Lewa strona jego twarzy była spuchnięta i zamknięta. Lewe oko było zamknięte. 26 listopada 1946 roku lekarze hospitalizowali go w nowojorskim szpitalu. Musieli usunąć trzy chore zęby. Byli hojnie leczeni penicyliną i innymi lekami. Nic nie pomogło. Miesiąc później nadal tam był. Wciąż odczuwam ból. Nadal przykuty do łóżka.
„Na początku nie byli pewni, co to jest” – powiedziała później jego córka Julia Ruth Stevens. „Próbowali wszelkiego rodzaju terapii. Żadna z nich nie działała”.
Lekarze w końcu postawili diagnozę. Ale mu nie powiedzieli. Albo jego żona Claire. Albo Julię. Rodzina miała jednak podejrzenia. Podejrzewano raka.
Nowotwór złośliwy i chirurgia
Diagnoza raka u Babe Ruth była ponura. Lekarze odkryli u niego złośliwy guz otaczający dużą tętnicę po lewej stronie szyi. Źródło znajdowało się w nosogardzieli. Ta część dróg oddechowych za nosem była niedostępna chirurgicznie. Nie udało im się całkowicie usunąć guza.
Operacja odbyła się 5 stycznia 1947 roku. Chirurdzy przecięli nerwy. Podwiązali tętnicę. Była to brutalna próba powstrzymania choroby, która zakorzeniła się już w miejscach niedostępnych dla interwencji. Claire później powiedziano prawdę. Ruth do samego końca pozostawała w ciemności. Przynajmniej tak wszyscy myśleli.
Miesiąc po operacji było piekło. Pozostał w szpitalu. W ciągłym bólu. Zaczęła się depresja. Zaczęły mu wypadać włosy. Schudł od 80 do 128 funtów. Spodziewał się śmierci.
Ale świat miał swoje własne plany.
Telegramy dotarły. Connie Mack przysłała jednego. Jack Dempsey – kolejny. Tysiące listów przychodziło co tydzień. Claire mu je przeczytała. Pewien uczeń siódmej klasy z New Jersey przesłał medalik religijny. Notatka brzmiała: „Wiem, że to będzie twój 61. home run. Przebijesz się”.
Ruth nosił ten medal, przypięty do piżamy, przez resztę życia.
Dzień Babe Ruth i przemówienie pożegnalne
6 lutego skończył 52 lata. Świętował w szpitalu. Claire tam była. Julia tam była. Był tam ich pies Pal. Wysłuchali nagranych gratulacji od Eddiego Collinsa i Teda Williamsa. Fala wsparcia pomogła. Poprawił się jego nastrój. Były cztery urodziny i cztery ciasta.
15 lutego Ruth opuściła szpital. Płakał. Na zewnątrz czekały setki fanów. Zaprowadzili go do czekającego samochodu. Jego płaszcz i czapka z wielbłądziej sierści nie mogły ukryć fizycznych skutków choroby. To było oczywiste. Czas uciekał.
Komisarz ds. baseballu AB „Happy” Chandler ogłosił 27 kwietnia 1947 r. „Dniem Babe Ruth”. Do zdarzenia doszło na stadionie Yankee. Miało to miejsce na wszystkich pozostałych stadionach ligi. Nawet w ogarniętej wojną Japonii za każdy home run tego dnia wypłacano nagrody pieniężne. Japońscy fani nazywali go „Bebu Rusu”.
Historia lubi upraszczać sprawy. Wielu fanów uważa, że 27 kwietnia 1947 roku był jego ostatnim występem na stadionie Yankee. To jest błędne. Ale wyglądał tak źle. Jego głos był ochrypły i załamany. Słowa, które wypowiedział, powtarzały się tyle razy, że stały się jego przemową pożegnalną. W rzeczywistości tak właśnie było.
Był pochylony. Drżenie. Jego oczy były zmęczone i zapadnięte. Jego włosy były bardziej siwe niż kiedykolwiek. Ale on był szczery.
„Dziękuję bardzo, panie i panowie” – zaczął Root. Zakaszlał. “Wiesz, jak źle brzmi mój głos. Cóż, myślę, że on jest tak samo zły. “
Mówił o tym, że baseball jest jedyną prawdziwą grą na świecie. Radził dzieciom, aby zaczęły bawić się w wieku sześciu lub siedmiu lat. „Musisz pozwolić grze rozwijać się razem z tobą” – powiedział. „Jeśli odniesiesz sukces i wystarczająco się postarasz, na pewno odniesiesz zwycięstwo”.
Na stadionie było 58 000 widzów. Tysiące innych słuchało go przez głośniki na innych stadionach. Podniósł czapkę. Uśmiechnął się. Julia pamiętała, że cały dzień czuł się okropnie.
Ostatni moment wytchnienia
Pozostała część guza nadal rosła. Morfina okazała się konieczna. Ruth próbowała żyć normalnie. Poszedł na golfa. Jadł steki. Jednak jego strzały z teczki nie osiągnęły wymaganego zasięgu. Trzeba było dla niego zmielić mięso. Ugryzienie białka jajka oznaczało przeżycie bólu nie do zniesienia.
Potem przyszła kolej. Pod koniec czerwca rozpoczęło się leczenie eksperymentalnym lekiem. Wyniki były niesamowite. Stan zdrowia Ruth poprawił się. Odzyskał większość utraconych kilogramów. Przejechał ponad 50 000 mil po całym kraju. Reprezentował Ford Motor Company. Współpracował z Młodzieżową Ligą Baseballową Legionu Amerykańskiego.
To był krótki odpoczynek.
Ból powrócił jesienią. Dziś końcowe wersety jego autobiografii „The Babe Ruth Story”, napisanej wraz z Bobem Consindayem bezpiecznego lata 1947 roku, brzmią jak proroctwo.
„Będę musiał wytrzymać bardzo, bardzo długo” – napisał. „Ponieważ przede wszystkim chcę być częścią i pomóc w rozwoju najwspanialszej gry, jaką Bóg kiedykolwiek uznał za stosowną do wynalezienia przez mężczyzn: baseballu”.
Tej jesieni brał udział w World Series pomiędzy Dodgers i Yankees. W grudniu przebrał się za Świętego Mikołaja, aby zabawiać młode ofiary polio. Wciąż napływały doniesienia o jego śmierci. Brat Gilbert zmarł na krwotok mózgowy. Walter Johnson zmarł na guza mózgu.
Babe mogła nie wiedzieć. Być może nie chciał wierzyć. Ale jego czas dobiegał końca.
Ostatni rozdział Bambino
Wyglądał okropnie. Tylko tak można to opisać. Wiosną 1948 roku George Herman Ruth Jr. udał się na Florydę na wiosenny trening drużyny New York Yankees. Stanął twarzą w twarz z Joe McCarthym i Tedem Williamsem, ale jego ciało powoli zanikało. Miał 53 lata, ale czuł się bliżej 90. Wytrzymał zaledwie kilka tygodni na słońcu, po czym wrócił do Nowego Jorku chory i drżący.
Następnym przystankiem jego podróży było Hollywood. Studio natychmiast przystąpiło do produkcji filmu The Babe Ruth Story. Musieli wyprzedzić rzeczywistość. Chcieli wykorzystać sytuację, zanim stanie się nieuniknione. Ale The Roots nigdy nie widzieli tego materiału. „Konsultacje techniczne” polegały na tym, że Bab pozował do zdjęć i pokazał gwiazdorowi Williamowi Bendixowi, jak prawidłowo trzymać kij. To była banalna tragedia. Bendik niewiele się nauczył. Ale to nie miało znaczenia. Film wyszedł słabo. Mężczyzna umierał.
Odpowiednie pożegnanie
6 czerwca 1948 r. przekazał kopię rękopisu swojej autobiografii George’owi W. Bushowi. Bush był kapitanem drużyny baseballowej Uniwersytetu Yale. Nie wiedział, że czterdzieści lat później zdjęcia tej chwili przeniosą go do Białego Domu. To był mały epizod w życiu, które przez pięćdziesiąt lat było wielkie dla całego świata.
Następna niedziela stała się tą główną. Obchodzono 25. rocznicę otwarcia stadionu Yankee. Pogoda była zimna. Padało. Ruth przeziębiła się i przeziębienie nie ustępowało. Ale przyszedł.
Przyjechał po swoich byłych kolegach z drużyny. Stali w milczeniu, pomagając mu założyć nowy pasiasty mundur. Jego szafka tam była. Od czasu zakończenia kariery sportowej nie był używany. Jego numer trzy zniknął z planszy, ale jego obecność wypełniła przestrzeń.
„Wszedł do kotła dźwięków, które musiał znać lepiej niż jakakolwiek inna osoba.”
– W.K. Heinza
Spiker podał jego imię. Ryk był ogłuszający. Stał w bazie domowej. Zgromadzili się fotografowie. Byli towarzysze patrzyli. W oddali powiewały na wietrze mistrzowskie flagi. Zdjął czapkę. Położył prawą rękę na kiju. To już nie była broń. To była laska.
Koniec pewnej ery
26 lipca byli już na nowojorskiej premierze. Julia Root pamięta to doskonale. Był tak pod wpływem leków i tak chory, że nie wiedział, gdzie się znajduje. Wyjechali przed czasem. Nigdy więcej nie opuścił szpitala Memorial.
Odpowiadał na listy. Przyjęto gości. Trwał do 15 sierpnia 1948 r. Potem zapadł w sen. Zmarł 16 sierpnia o godzinie 20:01. Jego ostatnie świadome działanie? Podpisanie własnej autobiografii dla pielęgniarki.
Wieść rozeszła się natychmiast. Po raz pierwszy opinia publiczna skojarzyła jego nazwisko z rakiem krtani. Prawdy nie można było już dłużej ukrywać.
Ponad 100 000 ludzi przeszło obok otwartej trumny na stadionie Yankee. Zajęło to dwa dni. Wszyscy byli wśród nich. Mali gracze w baseball. Starsi mężczyźni w melonikach. Czarno-biały. Bogaci i biedni. Sprzedawcy sprzedawali hot dogi i zdjęcia w długich kolejkach. To było publiczne przebudzenie dla osoby publicznej.
Kolejne 75 000 osób przybyło do katedry św. Patryka. Padało. Mszę odprawił kardynał Spellman. To był pogrzeb państwowy króla baseballu. Jedynym większym pogrzebem, na którym był, był pogrzeb Franklina D. Roosevelta trzy lata temu. Odpowiadało to skali osobowości.
Julia Ruth Stevens powiedziała później, że tłumy były niesamowite. Jeden z mężczyzn powiedział jej, że niesie na stadion swojego małego syna. Chłopca trzeba było nosić, bo był za mały. Ojciec powiedział, że chce, aby jego syn dorósł i mógł powiedzieć, że widział Babę Ruth.
Dziś tego chłopca już nie ma. Ale posąg pozostał. W Cooperstown, w Baseball Hall of Fame, przy wejściu stoi naturalnej wielkości drewniana rzeźba. Codziennie mijają ją dzieci. Nie zawsze wiedzą, kim jest ten dziwny mężczyzna w pasiastym mundurze. Ich rodzice zostali sfotografowani obok Sułtana Ciosów.
Ale zanim wyjdą na zewnątrz, już wiedzą. Znają to imię. Znają mit. Fanów jest wciąż wielu. A nietoperz spokojnie odpoczywa w muzeum, tak jak leżał ostatniego deszczowego dnia na stadionie.






















